Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 kwietnia 2016

High-Rise - Zatracić się w dekadencji

Gdzie się podziały te piękne dni
Mam wrażenie, że trudno odnaleźć je w pamięci
Kiedyś było tak miło
Kiedyś było tak dobrze
(ABBA, S.O.S.)


„High-Rise” jest ekranizacją powieści J.G.Ballarda „Wieżowiec”, której ducha, mistrzowsko oddali wszyscy twórcy. Amy Jumpa autorka scenariusza, stała współpracowniczka reżysera filmu Bena Wheatley’a, przeczytała prozę Ballarda przez pryzmat osobistych doświadczeń. „Z okresu mojego dzieciństwa w latach 70. w Londynie pamiętam tylko niepokój. Patrzyłam na ten burdel stworzony przez dorosłych i zastanawiałam się, jak to się skończy. Są ludzie, którzy lepiej rozumieją filozoficzne i formalne założenia prozy Ballarda. Ja wiem, jak to jest zgubić się w takim wieżowcu.”

Doktor fizjologii Robert Laing (Tom Hiddleston) wprowadza się do nowoczesnego apartamentowca, szukając anonimowości i ukojenia. Jak sam stwierdza, chciałby w końcu odpocząć.  Jego apartament mieści się dokładnie w połowie monumentalnego betonowego budynku, gdzie znajduje się rodzaj cezury, która dzieli mieszkańców na klasy społeczne. Tradycyjnie na dole uboga klasa pracująca i plebs, wyżej klasa średnia, na szczycie arystokracja, wśród której króluje architekt o jakże wymownym nazwisku Royal (Jeremy Irons).  To nie przypadkowe, że reprezentanci  poszczególnych klas wyglądają i zachowują się typowo dla swoich obozów, mają nawet imiona znaczące niczym w klasycznych dramatach. W opozycji do wspomnianego architekta, który zamieszkuje luksusowy apartament na szczycie wieżowca i niczym demiurg próbuje zawiadywać całym tym architektonicznym przedsięwzięciem, postawiony został najbarwniejszy przedstawiciel niższych pięter - twórca filmów dokumentalnych o nazwisku Wilder (Luke Evans),  idealnie ilustrującym jego dziką, nieokiełznaną naturę. Już pierwsze sekwencje w ewidentnie apokaliptycznym klimacie zwiastują to, co nieuchronne, czyli koniec jaki zawsze wieńczy sztuczne podziały i ludzkie próby zapanowania nad chaosem (kosmosem). Zwycięży natura reprezentowana przez najprostsze instynkty, patriarchalny porządek musi runąć, a na jego gruzach narodzi się kolejna idea, która niczym bańka mydlana najpierw rozbłyśnie feerią kolorów, by nieuchronnie pęknąć z hukiem. Diagnozę, jaką stawiają twórcy tej produkcji, można ująć w krótkich słowach: człowiek nie potrafi uczyć się na swoich błędach i nieustannie dąży do autodestrukcji.

Oglądając hipnotyzujące obrazy Laurie Rose, która fotografowała już kilka wcześniejszych filmów Wheatley’a, można się faktycznie zatracić. Pomaga w tym także obłędna, jak zwykle lekko niepokojąca muzyka Clinta Mansella. Dwa razy możemy też wysłuchać przeróbki sławetnego S.O.S. Abby. Raz towarzyszy nam na przyjęciu u żony architekta w barokowej skrzypcowej aranżacji, gdzie jest tłem dla dekadenckiej imprezy, na której przebrani w stroje z epoki królowej Wiktorii goście pławią się w swoim sosie glamour. Drugi raz w mrocznej triphopowej interpretacji Portishead podkręca klimat rozpadu i dzikiej degrengolady. Właściwie na każdej płaszczyźnie realizacyjnej od zdjęć i muzyki, a na reżyserii i fantastycznym aktorstwie skończywszy dostajemy produkt artstycznie wybitny. Piękny i szokujący, jak chociażby w zjawiskowej wizualnie scenie samobójstwa jednego z bohaterów, który malowniczo rzuca się z balkonu, wieloznaczny i symboliczny. Długo po seansie trzymający wrażliwość widza w kleszczach zachwytu.  Zmuszający także do przemyśleń, pobudzający do dialogu z wizją twórców, do konfrontacji z własnymi doświadczeniami i poglądami na kulturę, psychologię, tego jak organizujemy sobie świat.

Jak wspomniałem wcześniej, wizja kreowana przez Wheatley’a nie jest szczególnie krzepiąca. Pokuszę się jednak o tezę, że serce twórców bije dla porządku, jaki mogłyby zaprowadzić kobiety. W filmie znajdziemy kilka ciekawych figur, od pozornie zwariowanej żony architekta i podstarzałej zmanierowanej aktorki, poprzez zmysłową pannę Melville, inspiratorkę życia towarzyskiego nie tylko klasy średniej, aż po panią Wilder, matkę i żonę sprowadzoną do roli dziecioroba. Widzimy, jak ewoluują, jak dojrzewają do buntu, jak radzą sobie w sytuacjach ekstremalnych, jak się organizują i wspierają, podczas, gdy mężczyźni oddają się bezrozumnej rzezi i orgiom. Aż w końcu niczym mityczne erynie dokonują wyroku na oprawcach, pozostawiając przy życiu tych, którzy „świadczą im najlepsze usługi”. I pewnie mogłyby tak trwać w idealnym matriarchacie, mogłyby stworzyć społeczność, jaką pamiętamy chociażby z „Seksmisji”, niestety jednak rodzą także synów, którzy już od najmłodszych lat zaczynają snuć sny o potędze, wizje, które nieuchronnie doprowadzą kiedyś do katastrofy.

To tylko jedna z kilku intuicji, jakie wywołuje seans „Rise-high” w reżyserii Bena Wheatley’a. To dzieło, którego zwyczajnie nie można przegapić, a później opędzić się odeń i nie chcieć wrócić na dekadencką imprezę między piętrami. Byłbym zapomniał wspomnieć o jeszcze jednym. Jakby nie było, cała ta dzika wizja momentami jest szalenie zabawna, jak przystało na ciętą satyrę w brytyjskim stylu.
****
za możliwość uczestnictwa w przedpremierowym pokazie uprzejmie dziękuję portalowi sztukater.pl