środa, 2 marca 2016

Modni, interesujący, twórczy




Karolina Sulej
Modni. Od Arkadiusa do Zienia.
Rok Wydania: 2015
ISBN: 978-83-7943-701-6
Wydawca: Świat Książki
 

„Moda to komunikacja, język, sztuka; to nie tylko zbiór ciuchów, które modelki prezentują na wybiegu. Chalayan rozumiał, że moda nie tylko ubiera, lecz także opisuje świat – jego konflikty, pytania. A przy tym tworzone przez Chalayana projekty zawsze były „do noszenia”. Pracując z nim, uświadomiła sobie, że rzemieślnicza perfekcja, to za mało. Zrozumiała, że chce wykorzystywać swoje umiejętności, miłość do mody po to, żeby porozumiewać się lepiej z drugim człowiekiem.” 

Człowiek, o którym mowa powyżej to Hussein Chalayan, brytyjski projektant mody tureckiego pochodzenia, a wspomina o nim Monika Jakubiak,  performerka, artystka, aktywistka, nauczycielka, projektantka, krawcowa, szwaczka, konstruktorka, konsultantka, animatorka kultury i stylistka. Jedna z kilkunastu bohaterów fantastycznej pracy Karoliny Sulej zatytułowanej „Modni. Od Arkadiusa do Zienia”. W życiu bym się nie podejrzewał o zainteresowanie taką tematyką, tym bardziej czuję się w obowiązku dać upust swojemu niekłamanemu zachwytowi dla tej publikacji. Zarówno jej temat, jak i niektórzy bohaterowie (okazuje się, że kojarzyłem zaledwie kilkoro z nich), funkcjonowali wcześniej w mojej świadomości, jako mało interesujący, emocjonalnie i intelektualnie ubogi świat celebrities. Okazało się, że jest zgoła inaczej. Że za całym tym blaskiem, „glamurem”, błyskiem fleszy i pozami na ściankach, kryje się szalenie bogate emocjonalnie i artystycznie uniwersum stworzone przez niebanalnie uzdolnione i wrażliwe jednostki. Większość ze sportretowanych przez autorkę postaci, to osoby pochodzące z małych miasteczek bądź krajów nie kojarzących się z modą i awangardową sztuką, które dzięki swojej wyjątkowości, determinacji i wierze w swój talent i odmienność, osiągały szczyty, o jakich wcześniej bały się nawet marzyć. Wiele z tych ścieżek było podobnych do siebie, na tyle jednak odmiennych, że każdą z nich czyta się porównywalnym zainteresowanie.

Sulej stworzyła kapitalne portrety projektantów, zszywając je niejako z ogólnie znanych faktów z ich życiorysów, ze wspomnień znajomych i współpracowników, wreszcie z bardzo osobistych z nimi rozmów. A jest Karolina Sulej znakomitą rozmówczynią, od lat parającą się dziennikarstwem, kiedyś stylistka, dziś, jak głosi notatka na skrzydełku książki, zajmuje się antropologią mody.  I trzeba przyznać, że zajmu się kapitalnie, wyjątkowo wnikliwie i fachowo, nie zatracając przy tym lekkości pióra charakterystycznego dla blogowej felietonistyki. Kreśli soczyste, dynamiczne portrety, inspirując do dodatkowych własnych poszukiwań i drążenia tematów jakie podrzucali jej rozmówcy, a przy tym przedstawia spory kawał historii rodzimej mody od czasów transformacji ustrojowej aż do dzisiaj, a nawet dalej, kończy bowiem swój przegląd fascynujących indywiduów kilkoma szkicowymi sylwetkami najmłodszego pokolenia polskich artystów wchodzących w świat wielkiej twórczej mody.  Prócz takich tuzów i stałych  bywalców łamów kolorowej prasy jak Zień, Minge, Ossoliński, Baczyńska czy Paprocki i Brzozowski na kartach „Modnych” pojawia się też grono mniej bądź wcale nie znanych laikom postaci o nieprzeciętnych talentach i niesamowicie interesujących życiorysach. Sulej nie stawia im jednak pomników, nie kreuje na niedostępnych bożków, nie próbuje kreślić laurek czy panegiryków. Konfrontuje ich dokonania ze zwyczajnymi ludzkimi przypadłościami, z którymi stale muszą się borykać, a nieczęsto są to tematy, które wloką się za nimi od czasów dzieciństwa. O jej klasie świadczy niezbicie to, jak bardzo otwierają się przed nią jej rozmówcy i jak bardzo potrafi być taktowna w opowiadaniu o ich potknięciach i słabościach.

Z całym przekonaniem można więc pracę tę polecić każdemu, kto poszukuje tekstów o niebanalnych interesujących postaciach, o artystach przekraczających granice i wytyczających nowe ścieżki, o polskich twórcach, którzy podbijają zagraniczne rynki nie tylko swoją fantazją, ale też wyjątkową fachowością i profesjonalizmem.

piątek, 19 lutego 2016

Spuchnięta czytanka


Anna Ficner-Ogonowska
Czas pokaże

Rok Wydania: 2015
ISBN: 978-83-240-3492-5
Wydawca: Znak

 
Gdyby tę ponad 700-stronicową cegłę zawinąć w tetrową pieluchę i mocno wycisnąć, otrzymalibyśmy to, czym jest ona w istocie, czyli skromną nowelkę, z papierowymi postaciami i wątłą fabułką imitującą poetykę tasiemcowych seriali. Ja może nie jestem stosownym targetem, dla takich czytanek i omijam zazwyczaj szerokim łukiem regały z tego typu ckliwymi wydawnictwami, których autorkami są bibliotekarki, panie weterynarz czy ekspedientki, słowem grafomanki, ale na boga, powinny być chyba jakieś granice wydawniczej przyzwoitości. Wydał to Znak, założyłem więc, że będzie to coś w stylu Grocholi, która, pamiętam, była nawet zabawna. Tymczasem dostałem męczącego gniota, czytankę z rozwleczoną do granic wytrzymałości narracją, nawet nie wydumaną, ale zwyczajnie skleconą byle jak na bazie wyświechtanych klisz.

Oto bowiem główna bohaterka, studentka psychologii, udzielająca się charytatywnie w szpitalu dziecięcym, najpierw próbuje obrzydzić przyjaciółce czterdziestoletniego lekarza, w którym ta się kocha, by potem samemu ulec jego urokowi.  Problemem okaże się nieprzyzwoita różnica wieku, dodatkowo wybranek serca jest rozwodnikiem i o zgrozo ma córkę, o czym dowiemy się oczywiście po serii niby to dramatycznych nieporozumień rozwleczonych do niezdrowych rozmiarów, do tego dochodzi koleżeńska lojalność i toksyczna matka. I dwie ciotki, jednak jędza, druga przesłodzona niczym dobra wróżka z Kopciuszka. Główna bohaterka zresztą nieudolnie stylizowana jest na tej klasycznej postaci. Ale niech już będzie, nie pierwsza to i pewnie nie ostatnia ramotka wykorzystująca znane toposy i klasyczne figury. To, co boli najbardziej, co sprawiało wręcz fizyczny dyskomfort podczas lektury, to wspomniana na wstępie forma. Koszmarne dłużyzny, niepotrzebnie rozciągane dialogi, jakby żywce przepisane z pogaduszek zasłyszanych w tramwaju, mozolnie zdążające do pointy, oczywistej naturalnie. Niby mające być dowcipne, szalenie jednak drętwe, niby to wnikliwe, a w istocie infantylnie poprawne. O monologach wewnętrznych głównej bohaterki nie będę się rozwodzić, by nie pastwić się bardziej niż jest to konieczne. Bełkotliwe to, nudne i egzaltowane niczym pamiętnik gimnazjalistki, która właśnie odkryła twórczość Coelho i płacze po każdym odcinku B jak Badziewie. 

Kolejna rzecz to rysunki postaci. Autorka nie może z jakichś osobliwych względów nakreślić ich raz a porządnie, musi co kilkadziesiąt stron przypominać czytelnikowi, że ciotka Klara to irytująca i zrzędliwa starucha, a matka to apodyktyczna i nadopiekuńcza matrona. Przecież to do niczego nie prowadzi, gdyby chociaż to było w jakiś sposób zabawne, ale gdzie tam. Mamy kilkanaście razy powtórzone te same sekwencje. Ciotka narzeka i obżera się domowymi wypiekami, matka goni córkę do obowiązków i utyskuje na każdy objaw jej samodzielności. A kiedy już wydaje się, że w tym przynudzaniu była metoda, że zaraz czeka nas jakaś wolta, że wyjawiona zostanie tradycyjna rodzinna tajemnica, bo przecież wiadomo, że każda szanująca się rodzina powinna takową posiadać, dostajemy tak tanie wyjaśnienie, że doprawdy aż brak słów. 

Zresztą każdy z fabularnych pomysłów Ficner-Ogonowaskiej jest równie tani i cienki niczym botwinka matki głównej bohaterki. Pierwszy z brzegu. Oto po upojnej nocy z pociągającym doktorem, on musi jechać na dyżur do szpitala, ona wraca w skowronkach do domu. Kiedy następnie dzwoni do niego, słyszy jego zmęczony (przypomnijmy, że człowiek był po pewnie niezbyt sielankowym dyżurze) i oficjalny głos w słuchawce, rozłącza się i przechodzi załamanie. Tak, dokładnie. Kilka dni nie wychodzi z łóżka, płacze, złorzeczy, tarza się w pościeli, przegania gości. Potem oczywiście wszystko się wyjaśnienie, a następnie pojawia się kolejne nieporozumienie, związanie z wątpliwym statusem matrymonialnym absztyfikanta, wreszcie na scenę wchodzi kilkuletnia córeczka. Oczywiście jest słodka, niczym kotek, którego dostaje od nowej cioci, koleżanki tatusia i pozornie nierozwiązywalne sprawy zaczynają wchodzić mozolnie (kilkadziesiąt kolejnych stron) w klimaty sielankowe. Nie wiem, czy autorka korzystała z jakichś cudownych przepisów na wciągającą fabułę, wiem natomiast, że żaden z tych konceptów nie zagrał. Nie miał szans, biedaczek, gdyż wątłej był postury i rozmył się w morzu zbędnych przymiotników i kaskadach niepotrzebnych zdań. 
Nie zdradzę też chyba jakiejś wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że tytułowy czas faktycznie pokazał, że szkoda go było na tę wątpliwej jakości gargantuiczną czytankę o bzdetach.

niedziela, 31 stycznia 2016

Wszyscy gramy w filmie klasy C



Agnieszka Wolny - Hamkało
41 utonięć
 
Rok Wydania: 2015
Wydawca: Iskry

W czasach, gdy szalenie modnym stało się pisanie i wydawanie opasłych kilkusetstronicowych tomów, nierzadko opasłych z powodu chorobliwego przerostu tkanki leksykalnej, zwyczajnie zbędnej czy wręcz szkodliwej dla zdrowego organizmu literackiego, oto ukazuje się rzecz niebywale wręcz zwięzła. „41 utonięć” Agnieszki Wolny-Hamkało liczy sobie bowiem niespełna 200 stron i już po lekturze kilkunastu z nich dociera do czytelnika, dlaczego nie trzeba więcej. Proza to gęsta, soczysta, momentami szalenie poetycka, celna w doborze słów, oszczędna w epitety, unikająca pustych przebiegów. Czasem wystarczy kilka słów czy zdań, by wywołać obraz, skojarzenie, w umyśle czytelnika, do odmalowania którego, zły literat (będący w rzeczywistości grafomanką, niespełnioną zawodowo infantylną panią domu) potrzebuje topornych kilkudziesięciu stron upstrzonych przymiotnikami i epitetami niczym szyba rozpędzonego fiata 126p oblepiona owadzim truchłem. Tutaj jest oszczędnie i wyrafinowanie.

Choć moje początkowe skojarzenia z „Powieścią teatralną” Bułhakowa i „Sklepami cynamonowymi” Schulza, być może nie do końca są trafione, to jednak muszę przyznać, że już sam klimat tej powieści zasługuje na wyróżnienie. Jak wspomniałem gęsty, nieco duszny, wspaniale oddający czas i miejsce, w jakim dzieje się akcja. Wrocław, upalne lato, żar leje się z nieba, niby w pierwszych scenach kondratiukowej „Hydrozagadki”, stopy przechodniów, odziane w sandały lub bose, grzęzną w rozgrzanym asfalcie. Wszystko wydaje się przesunięte i nierzeczywiste. Otumanieni mieszkańcy poszukujący skrawka cienia i ochłody (ryzykując, że powiększą tegoroczną statystykę utonięć powyżej tytułowych 41) toczą swoje pozornie banalne egzystencje, nie wiedząc, że w istocie stają się nieco groteskowymi bohaterami uroczo tandetnego filmidła.

„-Ma pani gaz? Bez gazu już nie wychodzimy. Zbyt późno zamykamy sklep. „No osiedlu grasuje zamaskowany gwałciciel” – zacytowała ostrzeżenie z karteczki.
-Co to znaczy grasuje? – zapytała Ada. To słowo zawsze wydawało jej się zabawne, bajkowe, jak „musimy go powstrzymać”. Wszyscy gramy w filmie klasy C, pomyślała.” 

W takim właśnie kontekście dobrze się czyta prozę Wolny-Hamkało. W gęstwinie słów ukryło się znacznie więcej niż prozaiczna historia młodej plastyczki, która w poszukiwaniu płatnego zajęcie dostaje angaż przy awangardowej sztuce lokalnego dramaturga. Ma zaprojektować scenografię i ma wolną rękę. 

„Nie martw się o nic – uspokoił ją dyrektor. – I nie cenzuruj się. Chcesz zrobić scenografię z wielkich dmuchanych kutasów? Zrób scenografię z wielkich dmuchanych kutasów! Teraz to nie sztuka jest skandalem, tylko świat.”

No właśnie, jakże to aktualna konstatacja. Choć trzeba przyznać, że więcej w niej melancholii niż gniewu i rozczarowania światem. Więcej zdziwienia tym, jak funkcjonuje rzeczywistość, jakie stosuje uniki, jak nie daje się okiełznać i ocenić, nawet przy pomocy wódki anyżowej pitej bezpośrednio z butelki. Świetnie potwierdzają to kolejne akapity powieści i wreszcie wybornie pointują recenzje spektaklu, którego premiera bynajmniej nie przebiegła po myśli samych twórców. Bo może tym właśnie jest sztuka, owym legendarnym „nieruchomym poruszycielem”, katalizatorem spraw, których nie uświadamiamy sobie, ale które determinują nasze życie. Trochę tak właśnie wygląda ten fragment perypetii bohaterki, który odsłania przed czytelnikiem Wolny-Hamkało. Podobnie ma się rzecz z jej rówieśnikami, kolejnym pokoleniem, który wymyka się łatwej klasyfikacji i zaszufladkowania, które „reguluje emocje za pomocą xanaxu i seksu”. Poznajemy kilku interesujących przedstawicieli wrocławskiej bohemy, właściwie nie różniących się od tych warszawskich czy innych wielkomiejskich, razem z nimi przemierzamy miejsca, w których  pozostawiają swoje piętno, które próbuję organizować, ale do końca nie wiedzą jak i po co. Nie wiedzą też czy to oni decydują, tworzą i  inspirują, czy przeciwnie. Czy jakiekolwiek akcje mają sens i można mieć na coś istotny wpływ, czy „nic nie da się zrobić. Annuszka już rozlała olej”. 

Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że żadne z tych pytań właściwie nie pada w „41 utonięciach” wprost i choć ogólny klimat skłania raczej do pesymistycznych refleksji, to jednak wcale tak być nie musi. Lubię, jeśli autor pozostawia między słowami trochę miejsca dla czytelnika, który może rozgościć się w nich ze swoją wrażliwością i swoim, być może nieco innym postrzeganiem spraw o jakich traktuje opowieść. Lubię jeśli inspiruje, jak chociażby w scenie z książką Malapartego.

czwartek, 7 stycznia 2016

"Czy Mieczysław Fogg jeszcze śpiewa?"



Dariusz Michalski
Poletko Pana Fogga

Rok Wydania: 2015
ISBN: 978-83-7779-328-2
Wydawca: Wydawnictwo MG

                                   
„Nie sztuka błysnąć, sztuka trwać i się nie znudzić” . Takim właśnie jakże prawdziwym stwierdzeniem Mieczysława Fogga zaczyna swoje opasłe dzieło Dariusz Michalski i trudno się z tym nie zgodzić. Nie ma też wątpliwości co do tego, że owa niełatwa sztuka udała się Panu Foggowi wybornie. Piosenki w jego wykonaniu wciąż są obecne, wciąż są grane, interpretowane, uwspółcześniane i przerabiane. Nie ma chyba słuchacza, który posiadając nawet elementarną świadomość muzyczną nie zetknął się z takimi tytułami jak „Tango milonga”, „To ostatnia niedziela” czy „Jesienne róże”. Mimo, iż debiutował w dwudziestoleciu międzywojennym, czasach już niemal archaicznych, w formacji pod wdzięczną nazwą Chór Dana, wydaje się, że wciąż jeszcze się nie znudził. Z całą pewnością jest on fenomenem nie tylko muzycznym, nie dziwi więc, że Dariusz Michalski, wybitny znawca muzyki rozrywkowej, postanowił zjawisko to, jeśli możemy tak powiedzieć o naszym wybitnym barytonie, dogłębnie spenetrować i opisać we właściwym formacie. Oczywiście nie popełnił dzieła pionierskiego, sam nawet przywołuje w odautorskim komentarzu wątpliwości jakie podnosili jego znajomi odnośnie planowej publikacji. Przecież o Foggu powiedziano już tak wiele, przecież praktycznie znany jest każdemu, czy zatem jest sens powielać to, co już niejednokrotnie przytaczano, mówili. Sam Fogg spisał też przecież autobiografię pod wdzięcznym tytułem „Od palanta do belcanta”, do której zresztą Michalski niejednokrotnie się odnośni. Co jednak istotne, konfrontuje te cytaty z innymi źródłami, przebiera we wspomnieniach znajomych, członków rodziny, zwłaszcza wnuka i żony Ireny (która dostarczyła autorowi wycinki prasowe, programy koncertów, katalogi płytowe, ulotki, listy, zapiski oraz zdjęcia) wreszcie wsłuchuje się w wypowiedzi samego bohatera, z którym udało mu się wejść w pewnego rodzaju zażyłość. I właśnie te wypowiedzi stanowią główną osnowę monumentalnego dzieła Mr Metronoma.
„Poznałem go osobiście w połowie lat siedemdziesiątych, w trakcie realizacji wspólnego programu telewizyjnego. Czyli bardzo dawno. Mijały lata, zmieniała się historia, a Fogg śpiewał, śpiewał, śpiewał…”

Café Fogg na gruzach Warszawy
(fot z książki "Poletko pana Fogga )
Mieczysław Fogg, właściwie Miecio Fogiel urodził się w 1901 roku i zmarł w 1990. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że cały XX wiek należał do niego. A że nie był to wiek najspokojniejszy wie nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista, tym bardziej zdumiewać może fakt, że ten nietuzinkowy artysta praktycznie nie zmienił się ani na jotę. Zawsze pogodny, elegancki, można sobie wyobrazić jak bardzo nie pasujący do siermiężnej epoki stalinizmu, a jednak potrafiący i w tak niesprzyjających i często zmieniających się drastycznie okolicznościach pozostać najwyższej próby artystą. Być może to jedna z przyczyn, dla których udało mu się zdobyć serca i uszy kilku pokoleń, pochodzących przecież z różnych światów, słuchaczy

Mieczysław Fogg, fot. Lucjan Fogiel
Spokojnie więc można polecić tę publikację nie tylko sympatykom twórczości Pana Mieczysława. Dbałość z jaką podchodzi Michalski do przedstawienia tła całej opisywanej historii budzi uzasadniony szacunek. Faktycznie trzeba mu przyznać, że owo poletko tematyczne, które sobie wytyczył, przygotował, obsiał i uprawiał rzec można koncertowo. Bogactwo faktów i ciekawostek okraszonych niezliczoną ilością fotografii i komentarzy z pewnością zawstydzi tych wszystkich, którzy twierdzili, że „przecież o Foggu, wszyscy wszystko wiedzą.” Kończąc lekturę „Poletka” być może będą mogli tak powiedzieć. Na końcu publikacji znajdziemy jeszcze curriculum vitae rodziny Foglów od roku 1802, kiedy to urodził się pradziadek Ignacy Fogiel, aż po 2012 roku, kiedy zmarł wnuk Michał, kustosz, jak o nim mówi autor, nieistniejącego, jakże jednak potrzebnego muzeum pamięci o „tamtych muzycznych czasach”. 

Czego w tej książce nie ma? Dyskografii artysty. „Pełnej listy jego nagrań – tłumaczy Michalski - zwłaszcza z międzywojennych lat trzydziestych, kiedy co tydzień powstawało ich co najmniej kilka. To temat zbyt obszerny i szczegółowy, zasługuje na osobny tom.”

niedziela, 20 grudnia 2015

Galicyjska rozpusta w twardej oprawie



Robert Makłowicz
C.k. kuchnia

ilustracje: Andrzej Zaręba
Rok Wydania: 2015
Wydawca: Wysoki Zamek

 
Każdy smakosz, ba, przypuszczam, że każdy, kto lubi dobrze zjeść i poświęca przynajmniej minimum uwagi temu co zjada, potwierdzi, że równie ważne, jak to czym się posilamy, jest to w jakiej formie jest to podane. Idealnie jest, gdy oba te warunki dobrego posiłku występują jednocześnie i arystotelejska zasada decorum realizowana jest w praktyce. Wybaczcie, proszę tę erudycyjną wstawkę. To wina Makłowacza, jego stylu, jego ekspresji, poczucia smaku i wiedzy. To, co pisze, jak pisze, o czym opowiada charakteryzuje się tak soczystą zgodności formy z treścią, że należy tylko przyklasnąć mlaszcząc przy tym z ukontentowania. Lektura „C. k. kuchni” to uczta bowiem. Dionizyjskie misterium, bez zawracania sobie głowy kaloriami czy innymi imponderabiliami czyniącymi z posiłku kolejną proceduralną czynność korporacyjnego szczura. Makłowicz nie serwuje dań dla szczurów, rachitycznych pudelków, znerwicowanych bluszczy. U niego stołują się karpie królewskie, bażanty i  pełnokrwiste ogiery. Jak sam przyznaje, gdybyśmy chcieli skonsultować te przepisy z dietetykiem, pewnie zostalibyśmy spuszczeni ze stołu.
 
Czymże więc są te przepisy? Niniejsze wydanie, pierwsze pod szyldem Wysokiego Zamku jest już trzecim z kolei, wcześniej publikowało je wydawnictwo Znak, a jeszcze wcześniej pojawiały się cyklicznie w krakowskim dodatku Gazety Wyborczej. Mamy więc do czynienia z odświeżoną wersją jednej z bardziej popularnych książek Roberta Makłowicza, kulinarnego publicysty, smakosza, entuzjasty tytułowej c.k. kuchni. Ów skrót, jak wiadomo, pochodzi od określenia cesarsko-królewski i wywiedziony jest od tytułu władcy Austro-Węgier, który był cesarzem Austrii i królem Węgier jednocześnie, panując nad ziemiami od Adriatyku po Karpaty. Kto by jednak chciał czynić autorowi podszyte ksenofobicznym patriotyzmem wyrzuty o gloryfikację okupanta i zaborcy powinien dokładnie wczytać się przytaczane przez niego anegdoty historyczne, by zauważyć, że istotą przekonań Makłowaicza jest wspólnota ponadnarodowa, coś na kształt kulinarnej unii, która miast dzielić i sortować oraz wprowadzać sztuczne granice, dąży do zjednoczenia przy wspólnym stole.

A tematów na tym stole zaprawdę nie zabraknie. Pomieszczono bowiem w tej publikacji kilkadziesiąt przepisów, które, choć wygrzebane z zamierzchłej przeszłości, sparzą się z powodzeniem w każdej dzisiejszej kuchni. Począwszy od sałatek i zup, poprzez potrawy z ryb, drobiu, mięsa, mąki i kasz, na deserach kończąc. Każdy z przepisów okraszony jest soczystą anegdotą, historyjką wyczytaną przez autora w zamierzchłych dokumentach i opracowaniach z lat pięćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Bardziej dociekliwy czytelnik znajdzie na końcu książki stosowną bibliografię.

Z jednej więc strony można traktować tę pozycję jako wysublimowaną książkę kucharską, z drugiej jako rzecz z pogranicza prozy historycznej, której lekturze można oddawać się czysto rekreacyjnie. Próbowałem tego drugiego sposobu i przyznam szczerze, że nie było to łatwe i momentami czułem się, jak pewien praski radca opisany w historii ze sławetnym  feldmarszałkiem Radetzkym, który „po skosztowaniu czegoś bardzo dobrego wył z zachwytu ładnych parę minut i klepał się z całych sił po brzuchu, powodując swoim zachowaniem częste i bolesne zadławienia współbiesiadników”. Otóż zdarzało mi się czytać „C.k. kuchnię” w miejscach publicznych i były chwile, gdy bez trudu wizualizowałem sobie co smaczniejsze potrawy i zaprawę z trudem przychodziło mi powstrzymywanie rzeczonych odruchów zachwytu.

Potwierdza to tylko, że omawiane wznowienie klasycznego już dzieła Roberta Makłowicza z powodzeniem znajdzie uznanie w oczach także kucharskich analfabetów, teoretyków rozkoszy podniebienia, ceniących sobie historyczną anegdotę w duchu Haška z kulinariami w tle.
 
Warto też podkreślić, że odświeżoną „C.k. kuchnię” dostajemy od  Wysokiego Zamku w wydaniu rzec by można kolekcjonerskim. Twarda oprawa, płócienny grzbiet, wszyta wstążkowa zakładka, piękne akwarele Andrzeja Zaręby ilustrujące tekst. Cymes, który wglądał będzie dobrze w biblioteczce każdego bibliofila, być może wykreuje też kolejnego smakosza z historycznym zacięciem.

niedziela, 13 grudnia 2015

Zwyczajne księżniczki



Helen Rappaport
Cztery siostry. Utracony świat ostatnich księżniczek z rodu Romanowów.

Tłumaczenie: Anna Sak
Rok Wydania: 2015
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak



„Tak jak bohaterki dramatu Czechowa marzyły o tym, by wyrwać się z prowincjonalnego zaduchu i wrócić do Moskwy, tak odizolowane od zwyczajnego życia wielkie księżne pragnęły wyjść z kokonu i stać się częścią prawdziwego świata. Miały w sobie wielki głód doświadczeń i spotykania się z ludźmi spoza ich ściśle kontrolowanego otoczenia. Postanowiłam opisać ich losy, bo dotąd były przedstawiane głównie jako przypis do dramatycznej historii ich rodziców, czyli Mikołaja i Aleksandry.”

Tak na pytanie o skojarzenia z „Trzema siostrami” Czechowa odpowiedziała brytyjska historyk Helen Rappaport. „Cztery Siostry” to jedenasta w jej dorobku książka historyczna i kolejna poświęcona Rosji i rodzinie Romanowów, zaś aluzja do znakomitego dramatu Czechowa została przez nią faktycznie zamierzona. Nikt chyba nie zaprzeczy, że losy rodziny ostatniego cara imperium rosyjskiego były dramatyczne czy wręcz tragiczne. Koniec jaki spotkał jej członków* w domu Ipatiewa w Jekaterynburgu, a który szczegółowo analizowała Rappaport w jednej z wcześniejszych prac zatytułowanej „Ekaterinburg: The Last Days of the Romanovs” z 2008 roku, kładzie się mrocznym cieniem na całej historii rodziny. Jego świadomość chwyta za gardło podczas lektury „Czterech sióstr” od pierwszych stron, kiedy najpierw poznajemy historię małżeństwa cara Mikołaja II z pochodzącą z Niemiec wnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii Aleksandrą, przyszłą matką jego pięciorga dzieci, a przybiera na sile, gdy śledzimy narodziny każdej z kolejnych sióstr i ich młodszego brata, wyczekanego, wymodlonego niemal carewicza Aleksego.


Olga, Tatiana, Maria i Anastazja w końcu doczekały się pełnego świadectwa swojego po ludzku ciekawego i w gruncie rzeczy zwyczajnego w najlepszym tego słowa znaczeniu życia oraz rzetelnej analizy, wywiedzionej z listów, pamiętników i wspomnień osób z ich najbliższego otoczenia oraz bezstronnych obserwatorów ówczesnego życia elit. Imponująca bibliografia, jaka zapełnia kilkadziesiąt stron w przypisach końcowych, świadczy o ogromie pracy dokumentacyjnej jaką wykonała autorka. Oczywiście łatwo posądzić ją o stronniczość w kreśleniu portretów swoich bohaterek, ale gdyby skupić się tylko na lekturze treści dokumentalnej przytaczanej przez autorkę, trudno się dziwić Rappaport. Z listów i zapisów pamiętnikarskich, a także z korespondencji zagranicznych dziennikarzy, wyłania się bowiem portret czterech zwyczajnych, pełnych bezpretensjonalnego uroku młodych dziewcząt, kochających się nawzajem, darzących ogromnym szacunkiem i miłością swoich rodziców, które na swoje nieszczęście urodziły się w rodzinie carskiej. Być członkiem takiej familii to z pewnością niewdzięczna rola, zwłaszcza dla takich osób jakimi były księżniczki Romanówny. Wrażliwe, ciekawe świata, doceniające proste przyjemności, skrępowane otaczającym je splendorem i dworską etykietą. Do tego świetnie wykształcone. Można rzecz, typowe dziewuszi z wyższych sfer, władające kilkoma językami, grające na fortepianie, biegłe w zawiłościach savoir vivre’u, przygotowywane do bycia władcą. Nic bardziej mylnego. Owszem, każda z czterech sióstr posiadała w większym bądź mniejszym zakresie powyższe umiejętności, cechowało je jednak coś więcej, coś co wpoili im mądrzy i kochający rodzice, a co możemy nazwać empatią i życiową mądrością. Uwidoczniło się to zwłaszcza podczas pierwszych lat I Wojny Światowej, kiedy to razem z matką cesarzową Aleksandrą, rzuciły się do pomocy rannym i zaczęły pracę jako sanitariuszki w organizowanych przez rodzinę carską szpitalach. 
Odwaga, poświęcenie, wrażliwość i otwartość z jakimi dziewczęta – zwłaszcza tak zwana najstarsza para Olga i Tatiana – zadziwiają i budzą zasłużony szacunek, tym bardziej, że to obrazy jakie nie kojarzą się nam raczej z rodzinami imperatorów. 

Helena Rappaport stworzyła fascynujący obraz relacji między dziećmi ostatniego cara Rosji, czterema dziewczętami i braciszkiem Aleksym. Obraz nasycony detalami, dzięki którym dostajemy dzieło zachwycające i pełne życia. Kolejny mistrzowski utwór o tym, jak bezlitosny dziejowy walec niszczy to, co piękne, proste i wrażliwe. 

 ---------
  * Rodzina carska została rozstrzelana przez bolszewików w lipcu 1918 roku w piwnicy domu w Jekaterynburgu. Ciała wywieziono do lasu, rozebrano, spalono i oblano kwasem, po czym wrzucono do szybów pobliskiej nieczynnej kopalni. Dlatego dopiero w 1991 roku odnaleziono szczątki cara Mikołaja, carycy Aleksandry oraz córek: Olgi, Tatiany i Anastazji. Zostały pochowane w petersburskim soborze śś. Piotra i Pawła w 1998 roku po przeprowadzeniu testów DNA. Szczątki czwartej z córek (Marii) oraz najmłodszego braciszka Aleksego, które odnaleziono kilkadziesiąt kilometrów dalej w 2007 roku, miały 18 października spocząć obok pozostałych członków rodziny carskiej. Kościół prawosławny domaga się jednak dodatkowych badań mających potwierdzić tożsamość członków rodziny uznanej za świętą.

niedziela, 22 listopada 2015

"piosenki są pełniejsze niż wiersze"


Marcin Świetlicki
Zło, te przeboje
Rok Wydania: 2015
Wydawca: Wydawnictwo EMG


„No, proszę sobie wyobrazić:
Marzec albo kwiecień
(mmm…raczej marzec), wieczór.”

Dla kogoś, kto zetknął się choć trochę z twórczością Marcina Świetlickiego, zacytowany powyżej fragment z pewnością powinien być znajomy. Tak zaczyna się „Nieprzysiadalność”, rzecz wybitna w swoim nowatorstwie, dziś już kultowa, bezsprzecznie jeden z ważniejszych manifestów twórców tak zwanego „pokolenia brulionu” (czasopismo literackie i kulturalne, wydawane w latach 1987-1999), dla mnie świadectwo miłości od pierwszego usłyszenia. Do dziś twórczość krakowskiego poety funkcjonuje w mojej rzeczywistości, czy to w postaci przywołania frazy z przeszłości, czy poprzez pojawiające się wciąż nowe odsłony aktywności twórczej tej nieprzeciętnej osobowości.

W książce, którą trzymacie Szanowni Państwo w swoich rączkach – tłumaczy autor w słowie wstępnym na skrzydełku okładki-  znajduje się prawie cała moja twórczość piosenkowa. Niektóre z tych tekstów były wcześniej wierszami, a może nawet nimi nadal pozostają, mimo ocierania się o kulturę zgniłą i niską. Lwia część, to oczywiście piosenki nagrane przeze mnie z zespołem Świetliki, ale jest tu również wiele owoców moich zdrad macierzystego zespołu z innymi wykonawcami. Nazbierało się tego przez lata sporo, część tekstów nigdy nie była zapisana (naliczyłem ich około 40), inne opublikowane były w innej, czasem krańcowo innej formie, więc chyba trzeba tę książkę potraktować nie jako kolejny wybór, ale jako oryginalne i integralne dziełko. 

Cała, jak określa ją kokieteryjne Świetlicki, twórczość piosenkowa, to dokładnie 202 teksty, które pojawiły się, czy raczej należałoby powiedzieć wybrzmiały, podczas współpracy poety z bardzo różnymi przedstawicielami sceny muzycznej. Najważniejsi są oczywiście koledzy z - rzec można - rodzimej formacji Świetliki, później różnorodni przedstawiciele jazzu, alternatywy i punka. Przewijają się takie nazwiska jak Mikołaj Trzaska, Jerzy Mazzoll, Cezary Ostrowski, zespół Pidżama Porno czy Czarne Ciasteczka. Kilkanaście płyt, cała mnogość koncertów, morze wódki i gęstwina dymu papierosowego.
Niech jednak nie zmyli nikogo fakt, że oto mamy do czynienia z jakimś rodzajem poezji śpiewanej, choć literalnie właśnie coś takiego wydawałoby się właśnie dostajemy - poetę, który w towarzystwie zespołu prezentuje swoją twórczość. Jak jednak czymś bardzo innym, osobnym i różnym od tak zwanej poezji śpiewane jest twórczość Świetlików, można było przekonać się już podczas obcowania z ich pierwszą płytą (wtedy jeszcze kasetą magnetofonową, którą mam do dzisiaj) zatytułowaną O.gród K.oncentracyjny. Z niej to właśnie pochodzą takie perełki (przeboje?!) jak wspominana już Nieprzysiadalność, Opluty, Olifant czy Świerszcze.
Dla Świetlickiego współpraca z muzykami, to poszukiwanie nowej formy ekspresji, która nie tylko będzie uzupełnieniem klasycznej działalności poetyckiej, ale właśnie czymś co ją uzupełnia.

Naturalnie – pisze autor w załączonych na końcu tej kompilacji uwagach – nie posłuchałem słów krytyki i mimo podszeptów życzliwych, nie przestałem pracować z muzykami, albowiem jest niezaprzeczalnie przyjemniejsze niż współpraca z poetami. I bardziej rozwijające. Uczę się od muzyków wielu interesujących rzeczy, chłonę ich wrażliwość, piszę, wykorzystując ich brzemienia i rytmy, podkradam od nich pewne pomysły.”

Do książki dołączony jest także wywiad ze Świetlickim, w którym przepytywany jest on właśnie na okoliczność owej współpracy, wzajemnego przenika się muzyki i słowa, wzajemnego inspirowania się, swoistej symbiozy. To ciekawe, jak bardzo część tych tekstów w formie spisanej, różni się od tych, które są wykonywane na scenie, ciekawy jest sposób, w jaki poeta o tym mówi i próbuje wyjaśnić. Jest więc ten zbiór wydawnictwem o nieocenionej wprost wartości dla każdego sympatyka poety z Krakowa, dla kogoś, kto jeszcze nie miał przyjemności obcowaniem z tą twórczością, stanowić może fantastyczny początek. Wstydem byłoby nie znać sztandarowego reprezentanta O’Haryzmu, nurtu w poezji, który traktuje potoczność i codzienność doświadczenia ludzkiego jako punkt wyjścia literatury, używa bezpośrednich i obcesowych środków wyrazu („ ja to pier....olę”), skupiona jest na obserwacji rzeczywistości i neguje społeczną rolę poezji. Poetów zaliczanych do O’Haryzmu nazywano także barbarzyńcami (w opozycji do klasycystów, silnie osadzonych w polskiej i europejskiej tradycji literacko-kulturowej) czy bardziej łagodnie nowymi Skamandrytami.

„Parafrazując słowa Lou Reeda – pisze we wstępie Mariusz Czubaj – można powiedzieć, że piosenki Marcina Świetlickiego są (także) manifestem pisania i śpiewania o czym się chce i jak się chce. Co nie znaczy: byle jak.”